Zrozumienie i wartość
Sama nie dostałam odznaczenia ani medalu, więc nie zdawałam sobie sprawy, jaki takie wydarzenie ma wpływ na uhonorowaną osobę, a w szczególnosci na całą rodzinę i otoczenie. Do tej pory tylko raz miałam osobistą styczność z tym tematem. Jakieś 13 lat temu, pewna znana mi pani otrzmała Krzyż Zesłańców Sybiru.
Ta bardzo zaawansowana wiekowo osoba nie miała rodziny, i do tego nie uważała się za zasłużoną z tytułu swojego zesłania. Wiem co czuła, bo przyjaźniłyśmy się, a dokładnie to miałam zaszczyt być obdarzona jej zaufaniem i przyjaźnią. Chciała nawet podarować mi swoje odznaczenie, które jej nie ucieszyło. Powiedziała, że to nie jej zasługa, że znalazła się na zesłaniu, ani tym bardziej nie jej, że cudem przeżyła koszmar ciągłego głodu. Poza tym ta pani miała prawie 100 lat, i nie miała rodziny. Myślę, że to doświadczenie wpłynęło na moje nierozumienie, jak wielkim przeżyciem jest być zasłużenie odznaczonym za ciężką pracę. Tym bardziej wielkim, jeśli oprócz włożonego wysiłku w działanie ma się rodzinę, w tym wnuki i prawnuki. W tym roku, tu na emigracji w Wielkiej Brytanii, dzięki mojej młodej znajomej Martynie, zdałam sobie sprawę z doniosłości wydarzenia, jakim jest oficjalne docenienie kogoś, i zasłużone uhonorowanie medalem za pracę z pasją, i wiarę w słuszność tego, z czym przyszło się zmagać. Medal przyznany p.Czesławowi Puchalskiemu, saperowi z Helu nad Bałtykiem, i wielka radość jego wnuczki Martyny, (wcześniej wspomnianej), córki Ewy, oraz całej rodziny, uświadomiły mi wartość i doniosłość faktu uhonorowania zasłużonym medalem.
Żołnierski trud
Znany mi z opowiadań wnuczki p.Czesław Puchalski urodził się 08.01.1947 roku, i całe swoje zawodowe życie poświęcił wojsku, i tym samym pracy dla Polski. W 1966 roku został powołany do Centrum Szkolenia Marynarki Wojennej w Ustce. W 1967 roku został skierowany do 115 KEN(Kompania Eksploatacyjno-Naprawcza), a następnie do szkoły podoficerskiej w Dziwnowie. Po ukończeniu kształcenia, z trzecią lokatą w stopniu mat, wrócił do macierzystej jednostki w Wejherowie i objął obowiązki dowódcy drużyny, i przy tym pomocnika dowódcy plutonu. We wrześniu 1969 roku został skierowany do miejscowości Hel-Bór, i jako już dowódca grupy marynarzy miał przygotować koszary do utworzenia podwalin nowej jednostki 1832 na bazie 115 Kompanii Eksploatacyjno Naprawczej.
Poczucie obowiązku
Pan Czesław to bardzo skromny człowiek. Gdyby nie jego wnuczka, sam nie pochwaliłby się swoim sukcesem. Nie miałam szansy porozmawiania z nim osobiście. Dzięki jego uradowanym i dumnym wnuczce i córce, udało mi się dowiedzieć nieco więcej o ciężkiej żołnierskiej pracy. Podczas rozmowy z p.Ewą(córka), p.Czesław wspominał i opowiadał:”…do pomocy miałem tylko 17 marynarzy, plus 2 kierowców, plus ja, i 2 pojazdy ZIS 151. Widok był przerażający, wszędzie dookoła sam piach i las, a w zastanych budynkach do tej pory stacjonowali podczas wakacji koloniści. Po nich zabudowania uległy całkowitej dewastacji. Zastałem powyrywane okna i drzwi. Wszystko nadawało się do odbudowy i odnowy. Najgorszym problemem był transport, ponieważ na terenie koszar brakowało dróg dojazdowych. Pierwsze lata to była ciężka harówka całej kadry i wszystkich marynarzy. Od podstaw tworzyliśmy jednostkę , wraz z całą infrastrukturą. Część kadry przybyła z Wejherowa, i była skoszarowana na terenie jednostki. Stopniowo, także kadra po szkołach oficerskich zasilała naszą jednostkę. Pierwszym dowódcą był kpt. Piotr Mucha, którego później awansowano do stopnia kmdr ppor. Podczas II Wojny Światowej na tym terenie przebywali niemieccy więźniowie, którzy odmówili udziału w walkach na froncie wschodnim. Po przyjeździe zastałem tam jeszcze pozostałości po szubienicy i stary bunkier, w którym trzymano ciała więźniów. W jednostce tej pełniłem zawodową służbę wojskową do 1994 roku, w którym po 29 latach odszedłem na emeryturę. Podczas mojej pracy pełniłem obowiązki na różnych stanowiskach służbowych. Ostatnie 13 lat służby pracowałem będąc na stanowisku oficera organizacyjno kadrowego”.
Rocznica i medal
W 2019 roku mija 50 lat od powstania jednostki wojskowej 1832, którą budował m.in.p. Czesław Puchalski. Z tej okazji ustanowiono uroczyste obchody, które odbyły się w Rozewiu 21 listopada 2019 roku. Podczas tej uroczystości zostały wręczone pamiątkowe medale. Wśród odznaczonych był p.Czesław Puchalski, pradziadek, mąż, ojciec, i dziadek mojej emigracyjnej znajomej. To właśnie wielka radość wnuczki p. Czesława Martyny, oraz jej mamy Ewy zainspirowały mnie do napisania o jednym z żołnierzy którego odznaczono, saperze i mieszkańcu pięknego polskiego Helu. Od córki Ewy dowiedziałam się, że dzień odznaczenia był wielkim przeżyciem dla całej rodziny p.Puchalskich. Z kolei sam odznaczony p. Czesław, okazał się być wyjątkowo skromny. Zapytany o swoje wrażenia z uroczystości powiedział, że to wydarzenie umożliwiło spotkanie po latach wielu osób zaangażowanych w powstawanie ich jednostki, oraz dostarczyło mnóstwo wspomnień i wzruszeń. Na koniec p. Czesłąw dodał :”…niestety nie wszystkim było dane doczekać tej pięknej rocznicy, pozostało nas już niewielu”.
Głęboki, bezcenny sens
Mnóstwo wzruszeń, radość ze spotkań po latach, zaduma, powrót do domu z medalem i znowu radość, tym razem już całej rodziny. Na koniec miłego dnia zostają pamiątkowe zdjęcia do rodzinnego albumu, treści i duma dla kolejnych pokoleń.Wnuczka Martyna, którą pasjonuje histora będzie miała o czym opowiadać swoim dzieciom, a następnie wnukom. Jak widać wykonane z pasją obowiązki mają swoją bezcenną , bo nieśmiertelną wartość. Trzeba o tym pamiętać, nawet jeśli przychodzi nam zmagać się z zadaniami, które wydają się być niezwykle trudne. Jak widać na podstawie powyższego przykładu, nawet po latach wartość włożonego trudu stale tylko wzrasta, a kolejne pokolenia widzą, że na nich się świat nie kończy.
Joanna Dudzic

