Czarny oddech brutalności

bbNiemal wszyscy w naszej redakcji wiedzą, że mam dużą słabość do mocnych dźwięków. I nie mowię tu o Metallice, Iron Maiden czy Judas Priest… owszem, są to legendy heavy metalu, ale mowa jest o czymś bardziej mrocznym, posępnym, dzikim, szalonym… można by rzec, posługując się terminologią religijną, piekielnym.
Od lat z mniejszym lub większym zaangażowaniem staram się wyszukiwać klimatów ciężkich i nieprzystępnych dla zwyczajnego zjadacza radiowego chleba, jednocześnie takich, które prezentują poziom artystyczny, który spowoduje, że pomimo nieprzyjemnej formy, będę do nich wracał i chciał więcej. Zawsze ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy porządnego i niespodziewanego łomotu dostarczy mi świeża kapela. Jedną z nich są rezydujący w Seattle (USA), Black Breath.

Zespół powstał w 2005 roku jako tak zwany side-project członków innych lokalnych kapel. Nie traktowali oni go poważnie aż do wydania w 2008 roku 4-utworowego mini-albumu pt. „Razor to Oblivion”. Od tego czasu band zaczął być coraz bardziej popularny w kręgach fanów ‘podziemnej’ muzyki i coraz częściej zaczął koncertować po Stanach Zjednoczonych w roli rozgrzewacza innych bardziej znanych kapel.

Co spowodowało taki wzrost popularności? Z pewnością należy wymienić tu umiejętne łączenie stylów i inspiracji muzyków – szwedzki old-schoolowy death metal (szczególnie Entombed), agresywny thrash, hardcore czy punk. Amerykanom udało się zrobić z tego naprawdę wybuchową mieszankę, która doprowadziła do tego, że zainteresowała się nimi renomowana wytwórnia z Kaliforni, Southern Lord i w 2010 wydała debiutancki album pt. „Heavy Breathing”.

Po usłyszeniu tej płyty z mp3 po raz pierwszy nie pozostało mi nic innego jak tylko natychmiast zamówić oryginalne wydawnictwo – tak świeżego podejścia do brutalnego grania dawno nie słyszałem. Szybkie tempa, ‘szwedzkie’ brzmienie, szalone wokale, kompletne death’n’rollowe szaleństwo. Nagle o Black Breath zrobiło się głośno. Wykorzystując ten fakt, Southern Lord wysłali chłopaków do Europy, w związku z czym wylądowali w listopada tego samego roku w Manchesterze i dali absolutnie fantastyczny show w klubie The Star & Garter. Poziom szaleństwa i agresji w wykonywaniu utworów potwierdził się faktem, że zespół nie dograł całego koncertu do końca gdyż… perkusista złamał mechanizm umożliwiający grę na bębnie basowym, tak zwaną „stopkę”.

Myliliby się jednak ci, którzy uznaliby że mają do czynienia ze zwięrzętami – przed i po koncercie chłopaki okazali się przemiłymi, sympatycznymi i uśmiechniętymi ludźmi, którzy bardzo chętnie opowiadali o przebiegu trasy, jak i dzielili się swoimi przemyśleniami na temat muzyki. Wielkie zdziwienie wywołało we mnie przede wszystkich wyznanie basisty, który stwierdził, że metalu słucha właściwie wyłącznie… grając w zespole, a jego prawdziwą pasją jest muzyka country. Czego się jednak nie robi dla przyjaciół, jak widać.

Rok później zespół wrócił na trasę do Europy i ponownie odwiedził „nasze” miasto. Tym razem nie mogłem uczestniczyć w tym koncercie, ale po relacjach fotograficznych znalezionych w internecie, trzeba przyznać, że musiało być ostro. Kto jednak nie miał okazji ani razu zobaczyć Black Breath w akcji, będzie miał kolejną okazję i w tym roku, jako że band wpada do nas już 3 kwietnia, zagrać koncert w Islington Mill w Salford. Powodem kolejnego powrotu kapeli do Europy jest przypadająca niebawem data wydania drugiego pełnego krążka pt. „Sentenced to Life”. Według zapowiedzi wytwórni mniej będzie rock’n’rollowego feelingu, który niejako bujał ciężkie riffy cięte przez muzyków, a więcej death metalowego kopa. Aż strach pomyśleć, który instrument jako pierwszy pójdzie na straty podczas występu w Salford… Tym razem nie ominie mnie ten koncert i każdemu, kto chciałby się rozerwać (w dosłownym znaczeniu tego słowa) polecam udanie się na tę imprezę.
Jeśli są tu jeszcze osoby nieprzekonane, to proponuje mały cytat z ich oficjalnego profilu na Facebooku, opisujący jednen z ich niedawnych koncertów w Stanach Zjednoczonych:

„Koncert został wyprzedany natychmiast i zakończył się [tu wyraz powszechnie uznany za obraźliwy] sieczką. Zeskoki ze sceny, krew płynąca z rozbitych głów, wszędzie spocone ciała, Neil [wokalista, przyp. aut.] tracący przytomność i powracający do życia, buty rozdarte na pół, ludzie niemalże uprawiający seks na środku publiki(…)”.

Ja oczywiście idę 🙂
Bilety można zakupić w tym miejscu. Będzie się działo!

 

Źródło: southernlord.com, wikipedia.org, last.fm, facebook.com, własne