Festiwal Wikingów 2012

 

Z cyklu…

                       Zapiski z moich wędrówek po Wielkiej Brytanii…

 

Za mną ponad sześć lat w Wielkiej Brytanii. W prywatnej galerii mam fotografie z wielu wędrówek do miejsc, które zwiedzaliśmy wspólnie z grupą mniej lub bardziej znajomych mi ludzi. Gnani chęcią lepszego poznania kraju i regionu, w którym przyszło nam żyć. Chęcią poznania siebie nawzajem. Wypady do Peak District, Yorkshire Dales, Lake District i wielu innych ciekawych miejsc. Wśród tych podróży specjalne miejsce mają dla mnie powroty do Yorku – miasta, które od pierwszego wejrzenia urzekło mnie swoją urodą i klimatami, jakich nie znalazłam nigdzie indziej.

 

Yorvik Festival 2012 czyli (turystyczne) Oblężenie Yorku

 

       Sobotni poranek wita mnie zimnym deszczem, co w Manchesterze, w drugiej połowie lutego, nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Nic to, mówię sobie, prognozy pogody dla Yorku zapowiadały na dzisiaj owszem, dosyć silny wiatr ale również piękne słońce na bezchmurnym niebie. Więc jak już wszyscy dojadą na miejsce zbiórki, to … ruszamy w stronę słońca. Ruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem, bo punktualność nie jest naszą najmocniejszą stroną. Przed nami tylko półtorej godziny jazdy, przemkniemy raz – dwa. Najważniejsze, że humory dopisują.

       Na M62 wpadamy w kilkukilometrowy korek na drodze, bo jak wiadomo, najlepszym czasem na roboty drogowe jest weekend właśnie, więc postanawiamy pojechać na skróty, przez Leeds. Jak mówi przysłowie, „kto drogi prostuje, ten w domu nie nocuje”, więc czas przejazdu wydłuża nam się o kolejną godzinę. Koniec końców dojeżdżamy do rogatek Yorku. Zapchanymi do granic wytrzymałości ulicami przedzieramy się na parking. Jeszcze tylko trzeba znaleźć wolne miejsca , nakarmić bilonem żarłoczny parkometr, bilet za szybę i… witaj Yorku, dziś będziesz miastem Wikingów….

 wikingiaga 

       Jak co roku, tym razem również w dniach, w których odbywa się Yorvik Viking Festival do Yorku ściągają nieprzebrane tłumy ludzi. Przedzieramy się zatłoczonymi uliczkami, próbujemy dotrzeć do centrum miasta, które dziś obiecywało wrócić do czasów, kiedy hełm Vikinga był tu elementem codzienności.     

       Skąd w ogóle wziął się pomysł na Yorvik Festiwal? Otóż ponad 1000 lat temu, za czasów panowania w Yorku Wikingów, obchodzone było święto o nazwie „Jolablot”, fetujące szczęśliwe przetrwanie trudów zimy oraz zwiastujące nadejście wiosny.

 

jorvik09 07-2Dziś te tradycje kultywowane są przez Yorvik Viking Centre oraz przez grupy rekonstrukcji historycznej. To za ich sprawą   przez miasto przechodzi barwny korowód postaci, jakby żywcem wyjętych z historycznych filmów i książek.

W programie festiwalu przewidziano też między innymi wyprawy z przewodnikiem do miejsc upamiętniających pobyt Wikingów, wyścigi długich łodzi po rzece, ceremonię ślubną według reguł epoki, zainscenizowaną w katedrze, czy też konkurs na najdłuższą brodę Wikinga.

York jest miastem o bogatej tradycji. Założone przez Rzymian w 71 roku naszej ery, nosiło nazwę Eboracum. W 866 roku zdobyli je Wikingowie i przekształcili w potężny gród warowny, czyniąc je międzynarodowym centrum handlowym. Wtedy też nadali miastu nazwę Yorvik.

     Odwiedzając Yorvik Viking Centre, zlokalizowane w miejscu, gdzie odkryto pozostałości średniowiecznego miasta, mamy okazję zobaczyć okazałą kolekcję eksponatów wydobytych z ziemi w czasie wykopalisk archeologicznych na tym terenie. Specjalne wagoniki zabierają nas w podróż po Yorku czasu Wikingów. Z domami, widokami, dźwiękami, zapachami, a nawet postaciami ludzi,  zrekonstruowanymi na podstawie wydobytych szkieletów.

    Wpływu Wikingów na Anglię nie sposób nie zauważyć, chociażby spoglądając na mapę tego kraju. Ponad 900 miast i wsi angielskich ma do dziś skandynawską końcówkę -by w nazwie, np. Whitby czy Thornby. Kilkaset skandynawskich słów, które po różnych modyfikacjach na stałe weszły do języka angielskiego, jak choćby: knife, window, husband, jeszcze silniej potwierdza niezaprzeczalny wpływ Wikingów na kulturę i historię Anglii.    

      Nie opiszę tu nawet w dużym skrócie historii podboju Anglii przez Wikingów, dlatego też wszystkich zainteresowanych tym tematem odsyłam do książek o tamtych czasach, takich jak “Rudy Orm” Fransa Gunnara Bengtssona albo po sagę, autorstwa Bernarda Cornwella, który w jednej z tworzących ją powieści opisał właśnie York.

 

dscf7779-2My wracamy do naszej wyprawy po zatłoczonym Yorku. W planach mamy obejrzenie finałowej Wielkiej Bitwy, ale zostało nam jeszcze dość czasu, żeby choć na chwilkę wejść do Katedry.

Bo być tu i nie odwiedzić Kościoła katedralnego i metropolitalnego Świętego Piotra w Yorku, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Kaplicy Sykstyńskiej. Katedra w Yorku jest największą gotycką katedrą północnej Europy, z największym na świecie średniowiecznym witrażem.

Za każdym razem, kiedy siadam w katedralnej ławie, zapominam o otaczającej mnie rzeczywistości, przenosząc się w magiczny świat wyobraźni. A kiedy pod gotyckim sklepieniem Katedry przepięknie rozbrzmiewa muzyka organowa czy chóralna, jej dźwięki poruszają nie tylko mury, ale i serca słuchaczy.

      Po wyjściu z Katedry zaglądamy do York Guildhall, gdzie swe umiejętności prezentuje grupa History’s Maid, w inscenizacji dość swobodnie nawiązującej do czasu obecności Wikingów na

dscf7835-2tej ziemi. W środku wielu chętnych do obejrzenia i posłuchania o tym, jak w przeszłości wyglądały pojedynki , z uwzględnieniem strojów i oręża epoki.

Wśród widzów jest dużo dzieci. Nie ukrywam, że na mnie szermierka, nawet w mistrzowskim wykonaniu, nie robi większego wrażenia. Wolę patrzeć na pokryte rumieńcami buzie małych chłopców, którzy z ustami i jeszcze szerzej otwartymi oczami podziwiają ten niecodzienny pokaz.

Zaciekawiona, pytam mężczyzn z naszej grupy, czy i oni w wieku tych dzieci z równym zainteresowaniem oglądali podobne pokazy.Towarzyszący nam panowie nie odpowiadają, widać że przeszkadzam im w oglądaniu mistrzowskiego pojedynku z użyciem białej broni , ale ich spojrzenia są bardzo wymowne. No tak, bo w końcu co ja mogę wiedzieć o marzeniach chłopców, i tych małych i dużych też. 

     Czas pomyśleć o przeniesieniu się na tor wyścigów konnych, bo to tam właśnie ma się odbyć finałowa bitwa tegorocznego Yorvik Festival. Przejeżdżamy przez miasto, wlokąc się w długim korku, bo nie tylko my chcemy zobaczyć bitwę, zapowiadaną przez organizatorów jako wydarzenie dnia. Po drodze zaglądamy przez okna do zatłoczonych kawiarni i restauracji. Sklepy, nie tylko te z pamiątkami, nie narzekają na brak klientów. No cóż, po sześciu latach pobytu w Anglii już wiem, że nie ma złej pory na zakupy ;). 

     Na miejsce dojeżdżamy w ostatniej chwili. Jak to dobrze, że nasza akredytacja prasowa pozwoliła podjechać blisko „pola bitwy”.

dscf7965Zajmujemy miejsca i już na zieloną murawę wbiegają z dwóch stron aktorzy tego przedstawienia. Zobaczymy inscenizację bitwy o York stoczonej w 1014 roku. Armie Ethelreda, króla angielskiego oraz jego sojusznika Olafa Haraldssona, młodego Wikinga, pretendenta do tronu norweskiego, zaatakowały miasto. Naprzeciw siebie stają wojownicy i zaczyna się bitwa w kilku odsłonach. Słychać szczęk oręża i odgłosy toczącej się bitwy. Widownia bardzo żywo reaguje na wszystko, co dzieje się na placu boju. A ja biegam wokół z aparatem fotograficznym, próbując w panujących ciemnościach, rozpraszanych jedynie światłem dwóch reflektorów, utrwalić najciekawsze sceny z tego spektaklu. Lodowaty wiatr wyciska mi z oczu łzy, wokół widzę zmarzniętych widzów i myślę sobie o tym, że sztuka zaiste wymaga poświeceń.  

    Bitwa dobiega końca, gasną lampy i rozpoczyna się kolejny spektakl. Jest nim ceremonia pogrzebu poległego Vikinga.

 

dscf8005Ceremonia ta swoje źródło miała w mitologii nordyckiej – mitologii ludów krajów skandynawskich i nakazywała poległego wojownika umieścić na łodzi, po czym pozwalano łodzi odpłynąć od brzegu, a następnie podpalano, wystrzeliwując w jej kierunku zapalone strzały. Na środku placu, w zupełnej ciemności, pierwsi Wikingowie z łuków wystrzeliwują zapalone strzały w stronę zbudowanej makiety łodzi. Wokół łodzi coraz więcej światełek, jakie dają palące się strzały, wreszcie ogień dosięga celu. Po chwili statek zamienia się płonący stos, a potężny wojownik udaje się w swoją ostatnią wyprawę do Walhalli. Efekt jest tak niesamowity, że zapominam o zimnie i wietrze, błądząc myślami wokół Walkirii, które zapewne już zaopiekowały się duszą poległego woja. 

 

w5Kiedy ogień dogasa, przychodzi czas na zapowiedziany pokaz sztucznych ogni. Całe niebo płonie wielobarwną ferią fajerwerków, rozbiegających się i rozkwitających ognistymi bukietami na nocnym niebie. Wszyscy z zadartymi głowami podziwiają to niezwykle efektowne widowisko. Wysoko na niebie tańczą kolorowe płomyki ognia, wywołując radość i wrzawę całej widowni.

Szkoda, że wszystko co dobre, musi się skończyć. Własnie zapowiadają, że ten pasjonujący dzień, z Wikingami w roli głównej, powoli dobiega już końca.

     A ja się zastanawiam, jak to jest, że w Yorku, mieście bądź co bądź utożsamianym z historią Anglii, jej tradycją i kulturą, obchodzi się święto upamiętniające nie angielskich rycerzy, lecz Wikingów. Najeźdźców, którzy napadali te ziemie, palili, grabili, mordowali, brali w niewolę miejscową ludność. Osiedlali się na tych ziemiach, budując tu swoją potęgę. Jakby na to nie patrzeć, byli okupantami, wrogami. Prawdopodobnie nie ma wielu podobnych przykładów świętowania obecności obcego oręża na własnej ziemi.

     Po dniu pełnym wrażeń powoli zbieramy się do domu. Ja i tak wiem, że za jakiś czas znowu tu przyjadę i powiem „Witaj mój Yorku”.

Ulka Chlebińska