Raj utracony

paradNiewiele jest zespołów, które przeszły tak długą artystyczną drogę jak Paradise Lost. Uwielbiani w Europie i innych częściach świata, praktycznie nieznani we własnym kraju ojczystym – 27 kwietnia będziemy mogli okazję zobaczyć ich w Manchesterze, który jest jednym z przystanków trasy promującej trzynastą już studyjną płytę popularnych „paradajsów” pt. Tragic Idol.

Wszystko zaczęło się w 1988 w Halifax, gdy czterech młodych fanów metalu postanowiło wziąć sprawy (oraz instrumenty) w swoje ręce i ruszyć na podbój scen muzycznych.

Już dwa lata później w ich dorobku znajdował się debiut zatytułowany „Lost Paradise” – album, którego zdecydowanie nie chciałyby słuchać nasze mamy. Ciężkie, walcowate brzmienie gitar, dużo wolnego tempa, gardłowe ponure ryki wokalisty… Dla przeciętnego fana muzyki popularnej ten opis nie brzmi jak przysłowiowa bułka z masłem. Jednak wraz z wydaniem tego albumu rozpoczął się wzrost popularności jednego z gatunków ekstremalnego metalu zwany death/doom.

 

Wraz z innymi brytyjskimi bandami takimi jak My Dying Bride, Anathema czy holenderskim The Gathering, „paradajsi” rozpoczęli modę na ten wyjątkowo depresyjny styl w muzyce. Jednak to był dopiero początek drogi chłopaków z Halifax. Już na drugim albumie pt. „Gothic” możemy zauważyć rozwój w stronę nieco bardziej melodyjnych rozwiązań – gdzieniegdzie plumkaja klawisze, tudzież usłyszymy kobiecy głos. I chociaż wciąż był to zestaw ciężkich depresyjnych melodii i brzmień, widoczny był progres w stosunku do tego, co zaprezentowała kapela na swym debiucie.

Pewien przełom przyniósł „Shades of God” z 1992, na którym wyraźnie słychać coraz bardziej melodyjne gitary i próby śpiewu przez wokalistę Nicka Holmes’a. Na albumie znalazł się też pierwszy duży hit Paradise Lost pt. „As I Die” – utwór, na który chyba najbardziej czekają wszyscy fani na każdym koncercie zespołu.

Następny rok to kolejny krok naprzód – zespół niemal całkowicie porzuca death metalowy ciężar i skupia się coraz bardziej na melodiach, również tych z płynących z klawiszy syntezatora. Nie, nie uświadczymy na „Icon” popu – to wciąż kawałek ponurej, smutnej, emocjonalnej muzyki i coraz bardziej smiałe popisy wokalne Nicka. Płyta do dziś brzmi majestatycznie i stanowiła prawdziwy przełom w popularności zespołu.

W tamtym czasie doom metal święcił triumfy na całym świecie i Paradise Lost już wtedy uważani byli za jeden z najważniejszych zespołów tego nurtu. Nie zmieniło tego wydanie w 1995 roku pierwszej kontrowersyjnej płyty pt. „Draconian Times”. Już od kilku lat wstecz słychać było, że zespół łagodzi brzmienie na rzecz bardziej klimatycznych rozwiązań, ale płyta ta więcej ma już wspólnego z rockiem gotyckim niż metalem, chociaż nie brakuje na niej typowych dla zespołu riffów i melodii. Nie każdy jednak przyjął ciepło tę propozycję chłopaków z Halifax.

A może powinni, gdyż to co nastąpiło na kolejnym albumie pt. „One Second” przeszło najśmielsze oczekiwania najbardziej ortodoksyjnych fanów. Można powiedzieć że ta płyta to praktycznie kompletne odejście od death/doomowych korzeni. Nick Holmes prezentuje wyłącznie „czysty” śpiew, mamy bardzo dużo klawiszy, gdzieniegdzie usłyszymy syntetyczny beat. Słychać spore inspiracje gotyckim bandem The Sisters of Mercy. Po tym albumie wielu fanów metalu odwróciło się od zespołu, co jest według mnie kompletnym nieporozumieniem, jako że „One Second” to wprawdzie bardzo odważne odejście od dotychczasowego brzmienia, ale wciąż jest to bardzo dobry gotycko-rockowy album, którego sam osobiście do dziś słucham z dużą przyjemnością.

Jakby tego było mało, Paradise Lost podpisało kontrakt z wielką wytwórnią płytową – EMI i poszli jeszcze dalej w strone łagodzenia brzmienia, czego efektem była wydana w 1999 roku płyta „Host”. Czy mamy wśród czytelników fanów Depeche Mode? Tak, ta nazwa nie pada przypadkiem. Zespół-symbol doom metalu jakim był Paradise Lost wyewoluował w stronę gotyckiej elektroniki. Nie muszę dodawać jak wielkim szokiem dla dotychczasowych fanów była ta najbardziej drastyczna z dotychczasowych, zmiana stylu. To po wydaniu „Host” wielu wykreśliło „paradajsów” z panteonu zasłużonych, nie pomogły z pewnością mało pochlebne recenzje, zwłaszcza w dotychczas lojalnych czasopismach poświęconych muzyce heavy metalowej.

Cenę za niezależność i szacunek fanów grupa zapłaciła w 2001 roku, w którym został wydany „Believe in Nothing”, album napisany i nagrany całkowicie pod dyktando molochu fonograficznego. Stało się jasne, że zespół, który posiadał swój własny styl, kompletnie się pogubił i zboczył na mieliznę artystyczną.

Już rok później, jakby dla odbicia się, drogi Paradise Lost i EMI rozchodzą się, a grupa wydaje „Symbol of Life”, która stanowi niejako powrót do cięższego brzmienia, choć jest to dalekie echo takich klasyków jak „Gothic” czy „Icon”. Od tego momentu zaczął się proces łączenia typowo gotycko-rockowych brzmień z nieco cięższymi dzwiękami gitar. Jednak o powrocie do metalu nie było mowy, co udowodniła następna płyta pt. „Paradise Lost”, na której znajdują się bardzo dobre kompozycje, klimatycznie zbliżone do tego, co zespół tworzył w latach 90-ych, jednak stosunkowo łagodne brzmienie powoduje uczucie niedosytu przy słuchaniu tego materiału.

Dużo lepsze wrażenie wywarł album z 2007 roku pt. „In requiem”. Dopiero po ponad dekadzie możemy na nim uświadczyć powrotu rozdzierających wokali Nicka Holmesa i klasycznych smutnych melodii wygrywanych na gitarze przez Gregora MacKintosha. To, że nie był to pojedynczy wybryk świadczy „Faith Divides Us, Death Unites Us”, płyta wydana w 2009, która jest wyraźnym sygnałem, że Paradise Lost postanowili wrócić do czasów, kiedy stanowili o sile klimatycznych odmian ciężkiej muzyki. Mnie osobiście ten album nie porwał, ale na pewno nie jest powodem do wstydu dla tak doświadczonych muzyków i miłym powrotem w te rejony, w których „paradajsi” sprawdzali się najlepiej.

W tym samym miesiącu, w którym do ‘naszego’ miasta zawita Paradise Lost, na rynku znajdzie się najnowszy krążek muzyków z Halifax, „Tragic Idol”. Czyżby historia miała zatoczyć koło i zespół wróci do brutalnych gitar i potężnych ryków do mikrofonu? Na to trzeba poczekać jeszcze dwa miesiące, kiedy album znajdzie się w sklepach, a w najbliższym czasie warto zaopatrzyć się w bilet na koncert pod tym adresem i przekonać się w jakiej formie są weterani brytyjskiego klimatycznego metalu. Przekonamy się o tym 27 kwietnia, o godzinie 19 w Manchester Club Academy.

Hitów z pewnością nie zabraknie, choć z pewnością zespół będzie promować w dużej mierze swoją najnowszą propozycję. Jako że grupa jest niezwykle popularna w naszym kraju ojczystym, z dużym prawdopodobieństwem pojawi się liczna grupa rodaków.

Miejmy nadzieję, że występ będzie można zaliczyć do udanych i Paradise Lost udowodnią, że nie mieli racji ci, którzy 15 lat temu ostatecznie ich skreślili.

 

Źródło: allmusic.com, wikipedia.org, sweetslyrics.com