W dniu 30 listopada odbyły się w Wielkiej Brytanii zapowiadane od dłuższego czasu strajki i manifestacje pracowników sektora publicznego. Zorganizowane zostały one w związku z proponowanymi zmianami w systemie świadczeń emerytalnych (m.in. wydłużenie do 66 lat wieku, w którym będzie można otrzymywać państwowe pieniądze za przejście w stan spoczynku).
W naszym regionie na ulice wyszło około 120 tysięcy ludzi, a w samym Manchesterze tę liczbę określa się na 20 tysięcy związkowców.
W związku ze strajkiem, aż 90% szkół w Greater Manchester zostało zamkniętych. Protesty dało się odczuć również w szpitalach, w których wykonywano tylko ratujące życie operacje. Mniej niż zazwyczaj pojawiło się ambulansów na ulicach regionu. Nieczynne były też biblioteki, sądy, urzędy skarbowe i wiele innych instytucji użytku publicznego.
Spodziewano się, że nastąpia utrudnienia na lotnisku pod Wythenshawe, ale skończyło się wyłącznie na strachu, pomimo przystąpienia do akcji strajkowej pracowników działu imigracyjnego.
Oceny tego, co wydarzyło się wczoraj różnią się diametralnie, począwszy od ilości osób, które przystąpiło do strajku, aż po sam sens wczorajszych akcji protestacyjnych. Nie brakowało opinii szyderczych, z których najszerzej przytaczaną w mediach jest ta Jeremy Clarksona, który stwierdził, że wszystkich strajkujących najchętniej by rozstrzelał na oczach ich rodzin. Ale największa wojna na słowa rozgrywa się oczywiście pomiędzy najbardziej zainteresowanymi stronami czyli rządem i związkami zawodowymi.
Premier Wielkiej Brytanii, David Cameron, próbuje trywializować działania związków nazywając wczorajszą akcję ‘niewypałem’, który tylko utrudnia działania mające poprawić sytuację ekonomiczną Zjednoczonego Królestwa. Zaatakował również szefa Partii Pracy, Eda Millibanda, nazywając go słabym i nieodpowiedzialnym, za to że poparł akcję strajkową w kraju.
Różnią się też oceny premiera i związków zawodowych dotyczące samej ilości ludzi, którzy przystąpili do akcji. Według Camerona jedynie jedna trzecia osób zatrudnionych w publicznym sektorze odmówiła wczorajszego dnia pracy. Szef rządu podkreślił też, że zdecydowana większość urzędów pracy działała tak jak każdego innego dnia. Odmiennego zdania jest sekretarz TUC (Kongres Związków Zawodowych, organizacja zrzeszająca większośc tego typu organizacji w Wielkiej Brytanii) na North West, który ocenia, że do akcji w regionie przyłączyło się około 90% członków wielu zrzeszeń pracowniczych, zatem liczba podawana przez pana Camerona jest zdecydowanie zaniżona.
Same manifestacje miały bardzo spokojny przebieg i w związku z nimi nie dokonano w Greater Manchester ani jednego zatrzymania, co mogło tylko cieszyć służby policyjne w tak gorącym politycznie dniu.
Jeśli chodzi o efekt protestów, pomimo ostrych słów brytyjskiego premiera, ministrowie rządu twierdzą, że są gotowi na negocjacje ze związkami. Rozpoczęły się już rozmowy z reprezentantami nauczycieli, a minister skarbu, Danny Alexander, uważa, że jest bardzo duża szansa na osiągnięcie kompromisu ze związkowcami. Na razie strona protestująca twierdzi, że władza wciąż nie traktuje jej poważnie i negocjacje nazywa rozmowami, gdyż nie uważa, że posiada ona jakiejkolwiek pozycji wyjściowej w rokowaniach z rządem.
W wielu komentarzach przewijających się w internecie daje się wyczytać, że pracownicy sektora publicznego wyszli na ulice, gdyż wskutek proponowanych zmian nie będą oni mogli wyjechać na trzecie wakacje zagraniczne w roku, bądź kupić sobie najnowszego iPada. Niektórzy podkreślają, że „budżetówka” ma i tak znacznie lepsze warunki finansowe niż ci, którzy pracują w prywatnych firmach i zarabiają 800 funtów miesięcznie. Ci, którzy popierają wczorajsze akcje protestacyjne w UK, uważają, że zmiany w systemie emerytalnych są nieuczciwe i jeżeli dojdą do skutku, władza będzie mogła pozwolić sobie na dalsze cięcia w finansach i dalsze ubożenie społeczeństwa.
Czy jest możliwy kompromis pomiędzy ofertą rządu Wielkiej Brytanii, a oczekiwaniami reprezentujących sektor publiczny związkami zawodowymi? Wydaje się, że taka ugoda musi zostać zawarta, gdyż nawet silna gospodarka brytyjska ponosi ogromne straty wskutek strajków, a to ostatnia rzecz jaką byśmy chcieli w tych niepewnych czasach. A jakie jest Wasze zdanie, drodzy Czytelnicy? Zapraszam do dyskusji poniżej lub na forum.
Źródło: Manchester Evening News, BBC News, fotosearch.com
